Wpisy z Kwiecień, 2011

Christian Dior

Kwiaty mogą wydawać się motywem dość oklepanym i banalnym, to prawda. Ale jeśli „bierze się za nie” projektant i wizjoner pokroju Christiana Diora, sytuacja zmienia się diametralnie.

 

Kwiaty mogą wydawać się motywem dość oklepanym i banalnym, to prawda. Ale jeśli „bierze się za nie” projektant i wizjoner pokroju Christiana Diora, sytuacja zmienia się diametralnie.

Inspiracja kwiatami wzięła się jeszcze z okresu dzieciństwa – jak sam mówił, jego poczucie estetyki ukształtowały pastelowe kolory, jakie otaczały go w ogrodzie w Granville, miejscem najpiękniejszych wspomnień z dzieciństwa,  a w szczególności znajdujących się w tym ogrodzie pięknych kwiatów. Kwiatów, które tak go urzekły, że przez całe życie był z nimi związany – co widać choćby poprzez jego stroje i ogólny, stworzony przez niego  kobiecy ideał – świeżość, młodość, wąska talia i dopełniająca ją spódnica, żywo przypominająca kielich kwiatu. Najczęściej cytowanym powiedzeniem projektanta nie bez przypadku jest sentencja „Jak dobrze, że są kwiaty”.

Christian Dior urodził się we wspomnianym już Granville w roku 1905, dokładnie 31 stycznia. Zgodnie z życzeniem swoich rodziców miał kształcić się na dyplomatę, co – na szczęście – okazało się jedynie pobożnym życzeniem. Co prawda podjął on studia w tym kierunku, cały czas jednak pochłonięty był realizacją swojej pasji – projektowania ubrań.

Początek jego kariery to okres projektowania dla mniej i bardziej znanych domów domy i pierwsze sukcesy – takie jak publikacje szkiców w prestiżowym magazynie „Figaro” . Przełom nadchodzi po szczęśliwym powrocie projektanta z frontu II wojny światowej – w roku 1941 i pracy u projektanta Lucienia kalonga, w roku 1946 Christian Dior zakłada swój własny dom mody, w czym znaczny udział miał magnat Marcel Boussac. Po kilku latach działalności światło dzienne ujrzały pierwsze perfumy sygnowane nazwiskiem Christian Dior – Miss Dior, które współtworzył ze swym wieloletnim przyjacielem Sergem Heftlerem Louiche.

Wkrótce po zyskaniu należnego mu uznania Christia Dior zatrudnia, a raczej daje szansę zdolnemu, młodemu projektantowi – w roku 1953, siedemnastoletni wówczas Yves Saint Laurent, który przybył do Paryża jedynie z teczką wypełnioną jego autorskimi projektami.

Christian Dior zmarł nagle cztery lata później, dom mody objął w posiadania właśnie Yves Saint Laurent.

Obecnie marka Dior poza ubraniami i perfumami specjalizuje się – co nie jest specjalny zaskoczeniem – we wszystkich „towarach luksusowych”. Charakterystyczne logo Dior znajdziemy na ubraniach i akcesoriach, perfumach, zegarkach, jak i ekskluzywnych telefonach komórkach czy biżuterii.

Przechodząc do najważniejszego – do perfum – musze od razu przyznać, że jest ich wyjątkowo dużo – lekką ręką można naliczyć ich ponad 50! -  i nie miałam okazji (niestety) zapoznać się z każdym z nich bliżej.

Pierwsze perfumy z logiem Dior ujrzały światło dzienne 1947 r. i przyniosły – podobnie jak poprzedzający ich premierę pokaz mody – swoistą rewolucję. Kwieciste wzory i feria kolorów urzekły Paryżan, którzy okrzyknęli kolekcję „New Look”, nowym stylem, nowym wyglądem. Podobnie przyjęto pojawienie się zapachu Miss Dior, których nazwa pochodzi od siostry samego projektanta. Odpowiedzialnymi za ten zapach Dior uczynił znamienitych: Jeana Carlesa i Paula Vachera, do dziś wymienionych jednym tchem jako jednych z najważniejszych w świecie perfum.

Obecnie linia Miss Dior jest wciąż żywa, kontynuowana za sprawą nowych zapachów – takich jak Miss Dior Cherie, którego twarzą została ostatnio Natalie Nortman.

Miss Dior Cherie

Jeśli za zapach „weźmie się” osobistośc pokroju François Demachy’ ego, to można być pewnym, że będziemy mieli do czynienia z absolutnym pięknem i sztuką na najwyższym poziomie.

Dla niezorientowanych – Francis Demach (ur. 1949) to jeden z najlepszych kreatorów perfum, odpowiedzialny w głównej mierze ze większość zapachów Chanel (choć śmietankę spijał jako współpracownik Jacques Polge). Student prestiżowej Ecole de Parfumerie de la Société Charabot.

Poznajmy się więc z  jego najnowszym dziełem – kobietą – ucieleśnieniem Francji i francuskości.

Młoda i piękną świeżo co rozkwitło urodą i kobiecością, efektowna, ale nie egzaltowana, pełna wdzięku, elegancji z drobna nutą nonszalancji i pewności siebie. Wszyscy, którzy z nią przystają, lub choćby nawet na nią spojrzą – odzyskują humor i chęć życia. Taki właśnie jest zapach Miss Dior Cherie.

Zgodnie z zasadą samego Christiana Diora – to kwiaty są tu najważniejsze, zupełnie jak w historycznej Miss Dior z 1947 r., którego Cherie ma być i jest kontynuacją, czy – może lepiej – nowoczesna interpretacją.

Zapach jest młodzieńczy, tchnie lekkością bytu i optymizmem, przyprawionych – za sprawą wetiweru i drzewa sandałowego – nutka romantyzmu i nieskrępowanej, naturalnej elegancji .

Przeznaczony w zasadzie dla każdej kobiety, choć – jak twierdzi choćby sam Demachy -  powstał z myślą o, i dla młodości.

Miss Dior Cherie Eau de Toilette

Wiosna i młodość, młodość i wiosna – to słowa klucze, motywy przewodnie tego zapachu. To wiosenna wersja Miss Dior Cherie, pozbawiona szyprowego aromatu swej poprzedniczki. Lekka, zwiewna, idealnie pasująca do zwiewnej sukienki, młodej kobiety i skąpanego w wiosennym słońcu Paryża.

Wszystko to uwiecznia mistrzowską ręką Sophia Coppola (znana nam głównie z hitu, oscarowego „Między słowami”), której spot reklamowy idealnie obrazuje czym i jakim jest Miss Dior Cherie Eau de Toilette. Ten zapach jest jak spacer po wiosennym parku – początkowo wędrujemy pośród aromatycznych cytrusów – słodkich i zarazem kwaśnych, dalej mijamy piękne kwiaty, z których słynie Paryż – tureckie róże i gardenia, następnie jaśmin i delikatnie leśne nuty, zawdzięczane sercu paczuli.

Jak każdy zapach Diora także i ten jest doskonale dopasowany, wykonany z najwyższej jakości surowców, z dbałością o każdy szczegół – tak wnętrza, jak i samego flakonu – jak zwykle delikatny, elegancki i zwiewny, inspirowany strojami, zgodny z zasadą New Look.

Dior Homme Sport

Starszy niż opisane wcześnie Miss Dior Cherie, męski zapach Dior Homme Sport wciąż nei traci na swej popularności. I nic w tym dziwnego – jest ponadczasowy, łączy aktywność, siłę i młodość z elegancją.

Zapach ten to kolejne dzieło Francois’a Demanchy’ego, jego twarzą w kampanii reklamowej był Jude Law.

Odrobinę odbiegający od mainstreamu, jaki od lat wyznaczał sobie Dior, zapach ten – mimo wszystko – zasługuje na uwagę. Jak sama nazwa wskazuje, twórca postawił sobie za cel  połączenie aktywności, energii z nieodłączną u Christiana Diora elegancją – naturalną, niewymuszoną, a wręcz nonszalancką. To właśnie element wyróżniający ten zapach na tle innych perfum o przydomku sport.

Czego należy się spodziewać po sportowym zapachu? Przede wszystkim orzeźwienia i poczucia – stale utrzymującego się poczucia – świeżości. Dior Homme Sport gwarantuje to dzięki rześkiemu połączeniu cytrusowe (grejpfrut, limonka i nutka cytryny) z żywicą. Energia i orzeźwienie podana w bardzo przystępny i lekki sposób. Wrażenie pewnej banalności (którą zawsze odczuwam w kompozycjach stricte cytrusowych) przełamuje wyczuwalny imbir i drzewa sandałowe, przechodzące następnie w elegancki i wyrazisty kontrapunkt uzyskany dzięki drzewu sandałowemu i lawendzie. Idealnie zbalansowany zapach, połączenie dwóch pozornych przeciwieństw – energii i elegancji.

Desing flakonu inspirowany jest, a raczej bezpośrednio nawiązuje do klasyka – Dior homme, odróżniając się od niego w zasadzie jedynie większą przepuszczalnością światła. Sam flakon – masywny, przyciężki może wzbudzać mieszane odczucia, choć z pewnością kojarzy się z męskością.

Dior Homme Intense

Kolejna odsłona tradycyjnego i klasycznego zapachu Dior Homme – Intense, jak sama nazwa wskazuje, na mocniejszy „ciężar gatunkowy”. Cięższy, bardziej stężony zapach, idealnie podkreślający wieczorowy strój i wyjątkowe okazje.  Wytrawny, stonowany i stanowczy, zdaje się – niczym wino i prawdziwy mężczyzna – dojrzewać z czasem, ewoluując i odsłaniając kolejne oblicza. Pozycja obowiązkowa dla każdego eleganckiego mężczyzny.

W odróżnieniu od innych zapachów tej linii, ciężar aromatów drzewnych łagodzony jest tu subtelną nutą irysu i wanilii. Unikalne połączenie substancji kojarzonych raczej z zapachami damskimi przynosi nieoczekiwany efekt – elegancji, emanującej pewności siebie i nieodpartej zmysłowości. Zapach koniecznie podkreślany wyjątkowością atmosfery i stroju, na zdecydowanie wyjątkowe okazje.

Flakon zbliżony do całej linii, podkreślenie ciężkości i mocy uzyskano dzięki zastosowaniu przydymionego szkła.

Dior Fahrenheit 32

32 dwa stopnia w skali Fahrenheita odpowiada 0 stopnia w skali Celsjusza. Zapach tak ochrzczony kojarzy mi się zimą, surowością  i wysiłkiem. Powinien rozgrzewać i dodawać brakującej w zimie energii. Wrażenie to potęguje także desing flakonu – zdający się zamarzać, skuty lodem.

Kierowany tymi konotacjami i wrażeniami, używając po raz pierwszy tej perfumy poczułem się …. całkowicie zaskoczony i zbity z tropu. Kwiatowy i  owocowy, niesamowicie świeży, przywodzący na myśli całkowite przeciwieństwo zimy. Stylizacja flakonu, jak i sama kompozycja zapachu przywodzi na myśl rozgrzaną do granic możliwości tropikalną plażę, równie ciepły, lazurowy i krystaliczny ocean i zapach, kojący, orzeźwiający niczym zimna bryza. Co jeszcze bardziej zaskakujące – pierwsze wrażenie orzeźwienia wkrótce ustępuje, by zmienić barwę na ciepłą, energetyczną, przytłumioną nieco posmakiem drzewnym, uzyskanym za sprawą domieszki wetywerii. Całość niczym klamra spina wanilia, która porządkuje nieco kompozycję, skutecznie równoważąc przeciwstawne akcenty i dodając  subtelnej i naturalnej elegancji.

Dior Fahrenheit 32 to perfumy nietypowe, zaskakujące i lekko nieprzewidywalne, tym niemniej idealnie wpisują się do do całej linii perfum Christiana Diora.

Warto jeszcze dodać, że niejako pomysłodawcą tego zapachu, jego twórcą zaś jest niemniej znamienity Louise Turner.  Sam zapach jest natomiast kontynuacją powstałego w 1988 r. Fahrenheit

Dior Dune

Chanel No. 5 cieszą się – według mnie – niezasłużoną opinią klasyka klasyków, pomijając walory historyczne oczywiście.

Jeśli miałaby wybierać najbardziej urzekający zapach – bez namysłu wskazałabym Dior Dune.

Dune to wydma, najbliższe skojarzenie – plaża, a więc kolejny orzeźwiający, kwiatowo – cytrusowy zapach, z jakich słynie nie od dziś Dior. Tymczasem Dune to także tytuł obszernej powieści science – fiction Franka Herberta – opowieści o tajemniczej planecie, pełnej najbardziej pożądanej substancji zwanej przyprawy. Opowieść pełna tajemnic i wątków, urzekająca fanów już od kilku pokoleń – zupełnie tak jak Dior Dune.

Za to dzieło sztuki odpowiedzialny jest sam Maurice Robert i od razu znać w nim rękę (a w zasadzie nos) Mistrza.

Wielowątkowy, rozkwitający coraz to innymi akcentami i aromatami, egzotyczny, orientalny, a zarazem świeży i zmysłowy – o jakim innym zapachu można powiedzieć to wszystko?

Nuty głowy tworzą czarna porzeczka, fiołek, jaśmin i mandarynka. Następnie do głosu dochodzi bazylia, listek figowy oraz szałwia i listek figowy. Na samym dnie kryje się zaś
drzewo sandałowe, drzewo cedrowe, bób tonka oraz mech. To bogactwo składników sprawia, że Dior Dune jest tak zniewalająca i uzależniająca – tak bardzo, że zdarza mi się użyć ich zupełnie bez powodu, by tylko poczuć tę zniewalającą woń. Kojarzy się z uwodzicielską pewnością współczesnych  kobiet, ale także przywodzi na myśl dawne pin – up girls czy wielkie gwiazdy kina.

Dior Hypnotic Poison

Ciemna strona kobiety to w świecie perfum żadne temat tabu – wystarczy wspomnieć legendarne już, ponad 110 letnie Nuit de Noel, zapach prawdziwej femme fatale – lubieżnej kusicielki, która bez skrupułów bierze to co chce, i bez skrupułów potem to porzuca… Niczym modliszka hipnotyzuje swoje ofiary, działa na mężczyzn.

Linia trucizn Diora ma już bogatą tradycja, każda kolejna jej odsłono to odsłona kolejnego dzieła sztuki – nie inaczej jest z Dior Hypnotic Poison.

Hipnotyzuje i rzuca urok – zarówno na mężczyznę – ofiarę, jak i, a może nawet tym bardziej, kobietę – drapieżnika. To zapach tak samo uzależniający i niezapomniany, jak Dior Dune, zapach, który albo od razu się pokocha miłością straceńczą, albo odrzuci z niesmakiem. Zapach bogaty i nieprzewidywalny, w którym mieszają się wszelkie, nawet przeciwstawne aromaty.

Odpowiada za niego sama Annick Ménardo – znana zwłaszcza z doskonałego Body Kouros Yves Saint Laurent.

Osią zapachu jest wanilia przyprawiona zakazanymi owocami, które zdają się wnikać do krwioobiegu, czarując, hipnotyzując i otulając na długi czas.. Wrażenie to raz po raz „łamane” jest raz po raz pojawiającymi się kontrapunktami w postaci ciemnego migdału czy kminku. Zapach natarczywy, nie dający o sobie zapomnieć, niekiedy wręcz drażniący swą zmiennością, a przez to jeszcze bardziej uzależniający, niczym narkotyk, niczym trucizna.

Hypnotic Poison: Eau Sensuelle

Dzieło Francois Demach’ego, który po raz kolejny potwierdza swój niebywały wręcz kunszt.

Eau Sensuelle to jego interpretacja hipnotycznej trucizny stworzonej przez Annick Ménardo. Mistrz zagłębiając się w serce zapachu odkrywa nam orchideę, której owocem jest wanilia, będąca lejtmotywem Dior Hipnotic Poison.

Orchidea – kwiat o wielu twarzach doskonale pasuje do wizerunku kobiety odważnej na tyle, by nosić zapach Hypnotic Poison: Eau Sensuelle. Wierny tradycji perfum Christana Diora Francois sięga po kwiaty, wyczarowując z nich niezwykle uwodzicielski, zmysłowy zapach, który oddziaływuje na wszystkie zmysły. Nosząc ten zapach, kobieta nigdy nie poczuje się i nie będzie w pełni naga.  Całości dopełniają akcenty owoców i nuty drzewne, które łączą się w harmonijną całość, a wszystko to zamknięte w wyjątkowo pięknym flakonie.

Hypnotic Poison: Eau Sensuelle miały premierę we wrześniu 2010 r., ale już po tych kilku miesiącach wiem, że będą one za mną na zawsze…

Escale à Portofino

Portofino to jedno z najbardziej luksusowych i najdroższych miasteczek wypoczynkowych we Włoszech. Położone na brzegu uroczej zatoki, otoczone wzgórzami jest kwintesencją włoskiego krajobrazu i włoskiego piękna. Piękna tak urzekającego, że uległ mu nawet niemiecki oficer, który nie wykonał rozkazu jego wysadzenia.

Nic dziwnego, że tak bardzo zauroczyło ono Christiana Diora, który spędzał w nim w zasadzie każdą wolną chwilę. Miejsce to natchnęło także Françoisa Demachy do stworzenia opartych na tradycji i zarazem nietypowych perfum.

Escale à Portofino jest uzupełnieniem kolekcji Dior Cruise Collection Johna Galliano.

Tradycja wyraża się tu poprzez nawiązanie do legendarnej już Aqua Mirabalis, a także poprzez swoistą reinterpretację klasycznej wody kolońskiej Cologne Blanche Diora.

Zapach ten odróżnia się całkowicie od innych, kwiatowo – cytrusowych kombinacji, do jakich przyzwyczaił nas Christian Dior. Jest tak oryginalny i nietypowy, że – szczerze mówiąc – wątpię w jego popularność.

To, co niszowe i oryginalne może być jednak wyjątkowe i piękne – tak jak ma to miejsce w przypadku Escale à Portofino. Zapach jest wymagający, wymaga kontemplacji i dłuższej chwili na przystosowanie, nagroda za cierpliwość jest jednak wyjątkowo obfita.

Pierwsze wrażenie w moim przypadku było także wyjątkowo negatywne – kompletny dysonans – ciepła plaża (co prawda Bałtyk, a nie Morze Śródziemne) i ten zapach całkowicie się wykluczały. Swoją drogą do tego zapachu znalazłam pewien czas później, letnim wieczorem, kiedy słońce zachodziło, a odsłonięte, spieczone słońcem ramiona z ulgą witały chłodne podmuchy bryzy.

Sam zapach przywodzi bardziej na myśl początek jesieni, ostatnie oddechy lata, niż skąpane w słońcu, ciepłe włoskie wybrzeże. To zapach nostalgii, jaką odczuwamy obserwując coraz szybciej zachodzące słońce, przeczuwając niedługie nadejście zimy. To także zapach upojnych wspomnień z niezapomnianych wakacyjnych przygód.

Wbrew pozorom na początku uderza w nas ciężar zapachu – chłodne, gorzkie cytrusy, nadmiernie dojrzałe, budzą melancholijne odczucia. Pocieszenie przynoszą spokojniejsze nuty pomarańczy i jałowca, subtelnie łagodzone migdałem, dzięki którym pamięć cofa się do minionego lat. Wyraźnie posmak piżma i cedru subtelnie wszystko zamyka, dodając nieodłącznej elegancji i szyku.

Escale à Portofino to zapach uniwersalny, na każdą okazję, ale zdecydowanie nie dla każdego. Nie ma nic wspólnego z głównym nurtem  - nawet flakon odbiega od przyjętych standardów.

 

Pierre Cardin

Pora na prezentację kolejnego wielkiego projektanta i kreatora mody, nosiciela nazwiska – marki, twórcy wielkiego imperium, na chwilę obecną zajmującym się praktycznie wszystkim – od ubrań, akcesoriów, po zegarki, zastawy stołowe czy poduszki, artykuły żywnościowe, a nawet … samoloty.

 

Marka Pierre Cardin jest w zasadzie wszechobecna, a od 1971 roku – sygnuje także perfumy. Wszystkie produkty – poza samym logo – cechuje jedno: elegancja i wysoki styl, a niekiedy (a raczej często) – artyzm, tak jak w przypadku flakonu do perfum Blue Marine, wystawiany w Museum of Modern Art.

Pierre Cardin, kolejny (obok Yves Saint Lourent’a) „wychowanek” czy „uczeń” (a może tylko pracownik?) samego Christiana Diora. Podobnie jak jego wielki poprzednik wyznaczył nowe trendy, choć jego fraktalne, geometryczne projekty – z pewnością inspirowane architekturą – są całkowicie różne od kwietnych kompozycji Christiana Diora. Tym niemniej świat mody i sztuki (jakby była między nimi jakaś różnica..) docenił ich obu, oddając każdemu należne im, chwalebne miejsce na piedestale najjaśniejszych gwiazd.

Pierre Cardin urodził się niespełna 88 lat, 7 lipca 1922 r. w malutkiej, gminnej miejscowości San Biaggo di Callata, w południowych Włoszech, choć całe dorosłe życie związany był z Francją, a dokładniej z Parazym, który także dzięki niemu stał się światową stolicę mody (odbierając ten tytuł włoskim miastom – m.in. Neapolowi czy Mediolanowi). W 1944 r, (niektóre źródła podają 1945 r. – ja opieram się „The fashion design manual” Pameli Stecker)

jego rodzina przeprowadziła się do Paryża, gdzie Pierre podjął studia na wydziale architektury, a równocześnie pracując dla domów mody Schiaparelli i Paquin, wykorzystując doświadczenie zdobyte w pracy jako krawiec we Włoszech. W roku 1946 r. trafia pod skrzydła Christiana Diora i wylatuje spod nich kilka lat później, zakładając własny butik i wypuszczając swą pierwszą kolekcję w 1954 r., a następnie wypuszczając ją jako pret – a – porter i rozprowadzając w domach towarowych, czego nigdy wcześniej nie robiono. Szybko zdobywa uznanie jako bezkompromisowy innowator, które przylega do niego na stałe. Potwierdziło to choćby wprowadzenie i późniejsze farbowanie dżinsów i – za co winniśmy mu szczególną wdzięczność – „rozluźnienie” garniturów, poprzez usuniecie kołnierzy i połączenie ich z golfem.

„Kosmita mody” – to tylko jedno z określeń, jakim do tytułowano. Projektant ery kosmicznej inspiruje się bowiem geometrią, a także materiałami powszechnego użytku – takimi jak winyl czy metalowe obręcze, którymi ozdabiał swe kreacje. Najsłynniejszym jego dziełem jest bez wątpienia wariacja na temat małej czarnej – tak zwana „bubble dress” (sukienka bąbelkowa). W swych projektach ciągle poszukuje nowości, często jego ubrania deformują czy ukrywają naturalną sylwetkę i kobiece kształty. Ponadto jako pierwszy zaproponował  modę unisex. Słynie z hucznych bankietów, posiada kilka restauracji oraz zamek w Lacoste, należący wcześniej do samego Markiza de Sade, podobnie zresztą jest z rezydencją Casanovy. Jako pierwszy – w roku 1959 – „podbił” Japonię, otwierając tam swoje sklepy. Zaprojektował stroje pracowników dla Pakistańskich Linii Lotniczych, ubierały się u niego sławy takie jak: Rita Hayworth czy Beatlesi.

Przychody firmy Pierre Cardin wynoszą ok. 1,5 miliarda euro rocznie.

Poza działalnością biznesową Cardin silnie wspiera artystów, organizuje festiwal teatralny, od roku 1991 jest Ambasadorem Dobrej Woli ONZ.

Warto jeszcze odnotować, że firma Pierre Cardin jako w zasadzie pierwsza zachodnia firma podpisywała w Polsce kontrakty już w roku 1991 r., zaraz po otwarciu naszego rynku. Była też organizatorem pierwszego w naszym kraju pokazu mody.

Przechodząc do kwestii perfum, to – niestety – u nas mamy do czynienia ze stałym ich deficytem. Spośród 22 wszystkich zapasów Pierre Cardin możemy bez większego problemu zakupić jedynie kilka z nich. Tym bardzie dziwi to, bowiem – w przeciwieństwie do awangardowego oblicza w designu, w przypadku perfum twarz Cardine jest wyjątkowo tradycyjna, przystępna i po prostu piękna. W głównej mierze odpowiadają za nie „nosy” takie jak: Francoise Caron,  Olivier Cresp, Christine Nagel czy Benoist Lapouza.

Pierre Cardin

Sama nazwa zobowiązuje, ale – zamiast kosmicznych, bąbelkowych wariacji, zapachu płyt winylowych i przepalonych obwodów, otrzymujemy wyjątkowo klasycznie brzmiący zapach.

Pełen harmonii i spokojnych tonów, choć nie płaski i jednostajny.

Opisując go posłużyłabym się przede wszystkim przeciwieństwami czy paradoksami – jest to zapach z jednej strony silnie męski, drapieżny i twardy, ale po pewnym czasie – zupełnie tak jak z każdym facetem – odkrywa się jego bardziej romantyczną naturę. Zapoznając się z tym zapachem – kiedy go wreszcie zrozumiałam – miałam poważne obawy, że (jak niektórzy faceci) przy bliższym poznaniu okaże się infantylny.

Mówiąc całkiem poważnie Pierre Cardin to klasyczne, ale i wyjątkowo przemyślane połączenie świeżych, orzeźwiających nut z domieszką Orientu

Emotion for Women

Emocje – targają nami, dajemy się im ponieść, ale też one są esencją, treścią naszego życia. Spośród całej plejady uczuć Pierre Cardin wybiera te uosabiające prawdziwą, nietuszowaną i nieprzybierającą żadnej maski kobiecość – sięga do jej wnętrze i wydobywa na zewnętrz, zamykając je w zmysłowej czerwonej jak krew, serce i miłość buteleczce.

Co takiego odnajduje na dnie naszej duszy Cardin – mężczyzna, który bądź co bądź, doskonale zna się na kobietach? Widzi i czuje energię, siłę i pasję działania, nieograniczone wręcz pokłady erotyzmu, a zarazem delikatność i kruchość. Wrodzona uroda i zmysłowość idzie tu w parze z elegancją.

Zapach dla kobiet bardziej dojrzałych – przynajmniej ja uważałam, że należy do niego dorosnąć. To perfumy adresowana dla zdecydowanych, w pełni świadomych siebie kobiet, które uwodzą i chcą uwodzić, kochają i chcą być kochane. To niebagatelna i nieprzeciętna mieszanka – koktajl owocowo – kwiatowy, w swej głębi skrywa wrażliwe, drzewne nuty, idealnie komponujące się z sercem i głową zapachu.

Emotion for Men

Kobieta i mężczyzna, Mars i Wenus, przyciągające się stale przeciwieństwa. Taką wizję nasuwa nam porównanie tych dwóch zapachów, przynajmniej na pierwszy rzut … mhm – nosa.

W głębi bowiem, u samych podstaw tego zapachu odkrywamy pierwiastki wspólne, elementy, które łączą te zapachy.

Podobnie jak w przypadku Emotion for Women, ich męski odpowiednik to prawdziwy koktajl zapachowy. Początkowo wita nas cytrusowo – limonka, grejpfrut i bardziej swojsko – jabłko, bergamotka. Od razu daje się poznać także charakterystyczny – który ja osobiście po prostu w tej mieszance uwielbiam – zapach, pewien gamy zapachów, ja szczególnie wychwytuje kojący anyż i lawendę, dopełniane typowo męskimi nutami drzewa sandałowego i piżma.

Zapach na wskroś nowoczesny, lekko młodzieńczy, ale daleki od nastoletniości. Adresowany do mężczyzn zdecydowanych, lubiących podkreślać swą męskość.

Zasady kontrastu broni także flakon – czerwony i owalny u kobiet – tu stalowy i kanciasty i odrobinę surowy.

Pour Femme & Homme

Kolejne zapachy w wersji męskiej i damskiej. W odróżnieniu od Emotion, tu twórca skupił się na odwiecznej grze (by nie powiedzieć walce) między płciami, wyrażanej w zalotach, tańcu godowym, w romansie i flircie.

Zapach dla niej to kwintesencja elegancji i zalotności , zapach, który idealnie podkreśla wdzięki i naturalne atrybuty każdej kobiety, zapach, który sprawia, że czujemy się atrakcyjniejsze i jesteśmy atrakcyjniejsze. Pour Femme to zapach dojrzały, przeznaczony dla dorosłych kobiet, które już dawno przestały być grzecznymi dziewczynkami, ale nie porzuciły przypisywanego im romantyzmu. Kompozycja jest zmienna i niejednoznaczna – trochę owoców i kwiatów, równolegle z wyczuwalnymi akordami trawy i drzewa.

Wersja męska – naturalnie bardziej stonowana – stanowi niejako dopełnienie zapachu damskiego. Na myśl od razu przychodzą feromony i ich idealne dopasowanie, gdy „zaiskrzy”, gdy odkryje się wspólnie dwoje przeznaczonych sobie ludzi. Wyrażają to także podobne i uzupełniające się flakony.

Zapach jest elegancki, niesie ze sobą skojarzenia z szarmanckim dżentelmenem, który całym sobą – od wyglądy po maniery – oczarowuje swą wybrankę. Silnie wyczuwalne zapachy drzewa (cedrowe, heban, sandałowe) łagodzone – co stanowi z Pour Femme czysty kosonans – wanilią i cynamonem.

Na rynku istnieje też, choć jest bardziej niedostępna wersja zimowa tych zapachów – Pour Femme & Homme Winter, która została uzupełniona o nuty dla mnie kojarzące się z Bożym Narodzeniem – zapachem piernika i mroźnego, zimowego powietrza.

Pierre Cardin Revelation

Kolejny prawdziwie męski zapach sygnowany przez Cardin. Jego twórca to sam Daniel Molier, odpowiedzialny za wiele doskonałych zapachów Givenchy.

Zapach na wskroś nowoczesny, idealnie pasujący do odnoszącego sukcesu, sprawnie poruszającego się w świecie i życiu – zarówno zawodowym, jak i uczuciowym – mężczyzny. To zapach dla mężczyzny otwartego, bezkompromisowego, który zazwyczaj dostaje to, czego chce, ale – z drugiej strony – nie zapomina o zasadach i tradycji.

Połączenie klasycznie męskich nut z kilkoma bardziej nietypowymi (syntetyczny solar, drzewo różane) zaowocowało uniwersalnym zapachem, który nie ginie w tłumie innych, mu podobnych. Adresowany do mężczyzn młodych, płynących z nurtem, ale i zachowujących indywidualność.

Blue Marine
dysonans. Cytrusowy posmak dopełniony jest bowiem akordem dżinu z tonikiem, który wspaniale nasyca cały zapach. Dalej – spośród całej

Blue Marine to przede wszystkim słynny flakon – dzieło sztuki wystawiana w Nowym Yorku, w słynnym Museum of Modern Art. Blue Marine to także doskonale skrojony, nawiązujący do Orientu męski zapach, wobec którego ciężko pozostać obojętnym.

Sam Pierre Cardin stwierdził kiedyś, że każdy artysta musi mieć ideał, wobec którego i dla którego tworzy. Dla niego tym ideałem jest młodość, i to właśnie młodość i młodzieńcza radość życia przebija z tego zapachu.

Czysto męskie, drzewne  akcenty mieszają się wonią paczuli, bargamotki i bazylii, uosabiając tym samym świeżo rozkwitającą męskość, pełną młodzieńczej fantazji i zapału.

Zapach zdecydowanie dla młodych, żyjących pełnią życia mężczyzn, uniwersalny, raczej dzienny.

 

ELLLOOOOOOOOOOOOOOOOOOOO